Witajcie!
W nowym roku nie było mnie tu jeszcze. I to nie dlatego, że dużo się dzieje. Wręcz przeciwnie - dlatego, że się nic nie dzieje. Zupełnie nie mam weny do działań. Jakieś pomysły łażą po głowie, ale do ich wykonania nie mogę się zebrać. Może zapadłam w jakiś sen zimowy, niczym Muminek? Śniegu mamy odpowiednią ilość, żeby po prostu zaszyć się w domu i leniuchować. No, może z tym leniuchowaniem to przesadzam, bo moja córeczka zaczęła się dość intensywnie przemieszczać i obijać o sprzęty ;)
A propos śniegu - spadła nam taka ilość, że jeśli komuś brakuje, chętnie się podzielę;) Zaczęła się tydzień temu całkiem niewinna śnieżyca, która trwała i trwała....aż do niedzieli! Oto krótki reportaż:
To po prostu prawdziwa zima! Zdjęcie środkowe, to w ciemnościach jest zrobione ok 9 rano ;) tak długo jest jeszcze ciemno, ale już powolutku, powolutku dnia przybywa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Norwegia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 stycznia 2014
poniedziałek, 11 listopada 2013
Listopadowe przetwory - brusznica
Witajcie moi mili :)
Opowiem Wam dziś o moim ulubionym owocu - borówce brusznicy. Będzie apetycznie i skandynawsko zarazem. Otóż cała Norwegia lubuje się w pewnym czerwonym dodatku do mięs - konfiturze brusznicowej. Obalę tu od razu mit jakoby jadano tu żurawinę. To często słyszana bzdura. Jada się właśnie BRUSZNICĘ, która rośnie niemal wszędzie i dojrzewa mniej więcej we wrześniu. Te małe czerwone kuleczki są pełne witamin, słodko kwaśne z odrobiną goryczy. Chyba nie ma w Norwegii mięsnego obiadu bez łyżki konfitury brusznicowej. Ja używam jej też do pasztetów i serów. A z owoców robię także na nalewkę:))
Brusznicę zbierałam we wrześniu, a ponieważ nie była przemrożona - wrzuciłam ją do zamrażarki. Dopiero w zeszłym tygodniu miałam czas powrócić do niej. Owoce trzeba przemrozić, by nie były zbyt gorzkie lub zbierać je po pierwszym mrozie.
Konfiturę/dżem robi się bardzo łatwo dlatego ,że nie trzeba się przejmować, że się zepsuje. Borówka ta ma w sobie specjalny kwas - naturalny konserwant. Wystarczy ją zagotować z dodatkiem cukru (ilość zależy od tego jak słodką lubicie) i gorącą masę wlać do słoików, które wywraca się do góry dnem. Przechowywać w miejscu w miarę chłodnym i ciemnym. Uwielbiam zarówno smak jak i kolor tego dżemu, zawsze mam słoiczek w lodówce. Najlepiej pasuje do czerwonego mięsa, zwłaszcza dziczyzny i pieczonych pasztetów. Mniam!
Z jagód tych robię też naleweczkę. Owoce zalewam mocną wódką (50%) i odstawiam do chłodnego ciemnego miejsca. Po około miesiącu, jak owoce wyblakną, odcedzam je a do nalewki dodaję syrop cukrowy, mniej więcej szklankę na litr wódki.
Następnie butelkuję i znów odstawiam na miesiąc. A później można już degustować ;) Polecam na przeziębienia, to bogate źródło witaminy C! Oczywiście w rozsądnych ilościach, a jakże...
U mnie mroki listopadowe, czekam więc z niecierpliwością na śnieg, żeby było jaśniej. Nie czuję jeszcze świątecznego klimatu, chyba za wcześnie. W sklepach już wspaniałe świąteczne dekoracje i tłumy "zakupowiczów", ale ja jeszcze nic nie kupiłam. Żeby nie znudzić się świętami zanim nadejdą.
Opowiem Wam dziś o moim ulubionym owocu - borówce brusznicy. Będzie apetycznie i skandynawsko zarazem. Otóż cała Norwegia lubuje się w pewnym czerwonym dodatku do mięs - konfiturze brusznicowej. Obalę tu od razu mit jakoby jadano tu żurawinę. To często słyszana bzdura. Jada się właśnie BRUSZNICĘ, która rośnie niemal wszędzie i dojrzewa mniej więcej we wrześniu. Te małe czerwone kuleczki są pełne witamin, słodko kwaśne z odrobiną goryczy. Chyba nie ma w Norwegii mięsnego obiadu bez łyżki konfitury brusznicowej. Ja używam jej też do pasztetów i serów. A z owoców robię także na nalewkę:))
Brusznicę zbierałam we wrześniu, a ponieważ nie była przemrożona - wrzuciłam ją do zamrażarki. Dopiero w zeszłym tygodniu miałam czas powrócić do niej. Owoce trzeba przemrozić, by nie były zbyt gorzkie lub zbierać je po pierwszym mrozie.
Konfiturę/dżem robi się bardzo łatwo dlatego ,że nie trzeba się przejmować, że się zepsuje. Borówka ta ma w sobie specjalny kwas - naturalny konserwant. Wystarczy ją zagotować z dodatkiem cukru (ilość zależy od tego jak słodką lubicie) i gorącą masę wlać do słoików, które wywraca się do góry dnem. Przechowywać w miejscu w miarę chłodnym i ciemnym. Uwielbiam zarówno smak jak i kolor tego dżemu, zawsze mam słoiczek w lodówce. Najlepiej pasuje do czerwonego mięsa, zwłaszcza dziczyzny i pieczonych pasztetów. Mniam!
Z jagód tych robię też naleweczkę. Owoce zalewam mocną wódką (50%) i odstawiam do chłodnego ciemnego miejsca. Po około miesiącu, jak owoce wyblakną, odcedzam je a do nalewki dodaję syrop cukrowy, mniej więcej szklankę na litr wódki.
Następnie butelkuję i znów odstawiam na miesiąc. A później można już degustować ;) Polecam na przeziębienia, to bogate źródło witaminy C! Oczywiście w rozsądnych ilościach, a jakże...
U mnie mroki listopadowe, czekam więc z niecierpliwością na śnieg, żeby było jaśniej. Nie czuję jeszcze świątecznego klimatu, chyba za wcześnie. W sklepach już wspaniałe świąteczne dekoracje i tłumy "zakupowiczów", ale ja jeszcze nic nie kupiłam. Żeby nie znudzić się świętami zanim nadejdą.
czwartek, 30 maja 2013
Majowy loppemarked
Koniec maja - czas kwitnięcia tulipanów;) Tak, tak, podczas kiedy w Ojczyźnie przekwitają bzy, u mnie rozwijają się tulipany. Ponoć ocieplenie klimatu powoduje, że tak zimno tego roku. Kilka dni temu koleżanka podarowała mi bukiecik tych kwiatów ze swojego ogródka. Stały w wazonie (a raczej w słoiku) na stole, ale łodygi się powyginały i dziś postanowiłam uciąć im "łby" i jeszcze raz wykorzystać. Pływają teraz w niskim naczyniu z wodą. Nie wiem co to za odmiana, ale są śliczne. Przypominają mi teraz lilie wodne;)
W miniony weekend przypadkiem trafiłam na loppemarked czyli (jak zapewne większość wie) norweski pchli targ. Nie była to wizyta przewidziana, nie miałam prawie wcale gotówki, był ścisk i tłok, ale i tak upolowałam wspaniałe rzeczy! Za grosze rzecz jasna:)
Pierwsza to naczynie na lód. Od niedawna posiadamy sprytną lodówkę, która sama lód robi, a nawet kruszy go, jak się nam zachce kruszonego. Dlatego od jakiegoś czasu poszukiwałam wiaderka na lód, aby na różnych letnich przyjęciach ładnie go podawać. Już nawet miała wypatrzone, ale cena mnie troszkę wstrzymywała od zakupu. A tu naglę proszę, wpadam na loppemarked i prawie od razu rzuca mi się w oczy to eleganckie naczynie z grubego szkła. Za całe 40 koron:) Szczęśliwie była też ta "łapka" do nabierania.
Po zakupie tego cuda zostało mi w kieszeni tylko 10 koron, więc udałam się do wyjścia. Ale na końcu wypatrzyłam dwie metalowe osłonki na doniczki, takie jakie lubię po 5 koron! Wzięłam bez zastanowienia. W domu okazało się, że są ze sklepu Ib Laursen. Teraz rosną w nich moje ulubione goździki w barwach narodowych.
Na koniec kilka fotek z nadmorskiego miasteczka Risør, po którym spacerowałam w niedzielę. Jest tam pięknie! Muszę tam wrócić, a co najważniejsze, muszę zgłębić historię tego miejsca. Puki co nie wiem o nim niemal nic, choć jest 30 km od naszego domu.
Nawet na północy można się poczuć jak na południu, prawda? ;)
Pozdrawiam każdego zaglądającego bardzo serdecznie!!!
W miniony weekend przypadkiem trafiłam na loppemarked czyli (jak zapewne większość wie) norweski pchli targ. Nie była to wizyta przewidziana, nie miałam prawie wcale gotówki, był ścisk i tłok, ale i tak upolowałam wspaniałe rzeczy! Za grosze rzecz jasna:)
Pierwsza to naczynie na lód. Od niedawna posiadamy sprytną lodówkę, która sama lód robi, a nawet kruszy go, jak się nam zachce kruszonego. Dlatego od jakiegoś czasu poszukiwałam wiaderka na lód, aby na różnych letnich przyjęciach ładnie go podawać. Już nawet miała wypatrzone, ale cena mnie troszkę wstrzymywała od zakupu. A tu naglę proszę, wpadam na loppemarked i prawie od razu rzuca mi się w oczy to eleganckie naczynie z grubego szkła. Za całe 40 koron:) Szczęśliwie była też ta "łapka" do nabierania.
Po zakupie tego cuda zostało mi w kieszeni tylko 10 koron, więc udałam się do wyjścia. Ale na końcu wypatrzyłam dwie metalowe osłonki na doniczki, takie jakie lubię po 5 koron! Wzięłam bez zastanowienia. W domu okazało się, że są ze sklepu Ib Laursen. Teraz rosną w nich moje ulubione goździki w barwach narodowych.
Na koniec kilka fotek z nadmorskiego miasteczka Risør, po którym spacerowałam w niedzielę. Jest tam pięknie! Muszę tam wrócić, a co najważniejsze, muszę zgłębić historię tego miejsca. Puki co nie wiem o nim niemal nic, choć jest 30 km od naszego domu.
Nawet na północy można się poczuć jak na południu, prawda? ;)
Pozdrawiam każdego zaglądającego bardzo serdecznie!!!
piątek, 10 maja 2013
W Norwegii wciąż szaro...
Niemal wszystkie blogi zielone, kwiatowe, ciepłe. A u mnie +4 stopnie i nadal szaro. W Norwegii wiosna tylko bywa kolorowa. Zazwyczaj jest długo szara. Mieliśmy tylko jeden piękny, ciepły dzień (+18 stopni). Zdążyłam porobić małe conieco w ogrodzie: wysiałam warzywka, prócz cukinii i fasoli szparagowej, kupiliśmy nasze pierwsze drzewka owocowe: jabłoń i śliwę, wsadziliśmy też maliny. Dwa tygodnie temu mąż wysiał trawę, która już powolutku kiełkuje. Na tarasie posadziłam bratki, lobelie i pomidorki koktajlowe, ale na dziś wniosłam je do domu. Zimno im było. Zakładam też kwiatową rabatkę, na której znalazło się miejsce także dla mięty i tymianku. Z miętą wcześniej nie miałam do czynienia, ale stwierdziłam, że przyda się do letnich napojów:) TYMIANEK natomiast jest moim ukochanym ziołem. Ubóstwiam go. Stosuję głównie do ryb, kurczaka, sosów i zup serowych, ale też do wielu innych potraw.
Jeśli chodzi o warzywnik, to znalazło się w nim miejsce dla marchewki, pietruszki naciowej, koperku, cebuli czerwonej (z dymki), sałaty masłowej i lodowej, buraka liściowego, czosnku i rzodkiewki. A na cieplejsze dni czekają wspomniane fasolka szparagowa i CUKINIA. Cukinię uwielbiam niemal tak jak tymianek;) I co najważniejsze: jej uprawa zawsze się udaje. Z fasolką jest już gorzej, bo lubi ciepło. Nie jestem pewna, czy się tutaj uda. Zobaczymy:) Będę starała się zapisywać efekty mojej pracy, żeby na przyszłość nie popełniać tych samych błędów. Miejsce na warzywa zostało dość dobrze nawiezione kompostem, jestem więc optymistycznie nastawiona. Swojego kompostu oczywiście jeszcze nie mamy, dopiero zbudujemy kompostownik. Dowiedziałam się jednak, że w naszej gminie można bardzo tanio kupić kompost. U przedsiębiorstwa komunalnego. Bo wszystkie organiczne odpadki są kompostowane. Nie muszę chyba wspominać, że w Norwegii wszystkie śmieci są sortowane. To oczywiste w kraju tak dbającym o środowisko naturalne. Resztki jedzenia i papierowe serwetki pakujemy do specjalnych toreb i są zabierane co tydzień. I jak się okazuje, można zakupić ten kompost za grosze. Podjeżdża się do nich samochodem z przyczepką, ogromna ładowarka ładuje kubik kompostu, a przy bramie wyjazdowej się płaci 130 koron. to ok. 70 zł, ale można to porównać do naszego 10 zł. Bardzo fajne rozwiązanie, prawda??
Wczoraj dostaliśmy od przyjaciół dwa krzaczki żarnowca, żółty i bordowy. Czytałam, że lubią piaszczyste gleby, akurat taką mamy. Jutro musimy im znaleźć miejsce w ogrodzie. Są piękne, akurat kwitną.
Szara wiosna ma swoje uroki chyba tylko w górach, takich z przewagą skał i lasów iglastych. Oto przykład z Norwegii (region Telemark):
A to kilka starych domów, które mnie zauroczyły, przy czym ten ostatni jest widać zamieszkany. Chciałabym mieć taki!
Jeśli chodzi o warzywnik, to znalazło się w nim miejsce dla marchewki, pietruszki naciowej, koperku, cebuli czerwonej (z dymki), sałaty masłowej i lodowej, buraka liściowego, czosnku i rzodkiewki. A na cieplejsze dni czekają wspomniane fasolka szparagowa i CUKINIA. Cukinię uwielbiam niemal tak jak tymianek;) I co najważniejsze: jej uprawa zawsze się udaje. Z fasolką jest już gorzej, bo lubi ciepło. Nie jestem pewna, czy się tutaj uda. Zobaczymy:) Będę starała się zapisywać efekty mojej pracy, żeby na przyszłość nie popełniać tych samych błędów. Miejsce na warzywa zostało dość dobrze nawiezione kompostem, jestem więc optymistycznie nastawiona. Swojego kompostu oczywiście jeszcze nie mamy, dopiero zbudujemy kompostownik. Dowiedziałam się jednak, że w naszej gminie można bardzo tanio kupić kompost. U przedsiębiorstwa komunalnego. Bo wszystkie organiczne odpadki są kompostowane. Nie muszę chyba wspominać, że w Norwegii wszystkie śmieci są sortowane. To oczywiste w kraju tak dbającym o środowisko naturalne. Resztki jedzenia i papierowe serwetki pakujemy do specjalnych toreb i są zabierane co tydzień. I jak się okazuje, można zakupić ten kompost za grosze. Podjeżdża się do nich samochodem z przyczepką, ogromna ładowarka ładuje kubik kompostu, a przy bramie wyjazdowej się płaci 130 koron. to ok. 70 zł, ale można to porównać do naszego 10 zł. Bardzo fajne rozwiązanie, prawda??
Wczoraj dostaliśmy od przyjaciół dwa krzaczki żarnowca, żółty i bordowy. Czytałam, że lubią piaszczyste gleby, akurat taką mamy. Jutro musimy im znaleźć miejsce w ogrodzie. Są piękne, akurat kwitną.
Szara wiosna ma swoje uroki chyba tylko w górach, takich z przewagą skał i lasów iglastych. Oto przykład z Norwegii (region Telemark):
A to kilka starych domów, które mnie zauroczyły, przy czym ten ostatni jest widać zamieszkany. Chciałabym mieć taki!
czwartek, 31 stycznia 2013
Piękna zima norweska
Dziś pokażę trochę tej pięknej i tajemniczej pory roku. Jeszcze miesiąc i zacznie się czuć wiosnę, choć dni tak szybko się wydłużają, że już poniekąd się ją czuje. Jednak nadal zima jest:)) Okazała i zachwycająca:)
Wiele osób myśląc o Norwegii, ma na myśli jej części północne czy zachodnie, a sami przyznacie, że południe Norwegii też jest piękne i też wyczuwa się w jego krajobrazach "dzikość".
A poniżej typowa, około stuletnia, willa bogatego rolnika norweskiego. W moim rejonie jest ich dużo: duże, drewniane domy, w których niegdyś zamieszkiwali właściciele majątków ziemskich. Są najczęściej malowane na biało, z pięknymi gankami, "kratkowanymi" oknami, kilkupiętrowe. A obok nich stoją ogromne czerwone stodoły. Co ciekawe, większość z nich jest doskonale utrzymana, wciąż zamieszkała i to z zachowaniem tego dawnego stylu, w jakim zostały zbudowane i urządzone. Miałam okazję kilka razy gościć w takiej willi. Większość nawet jeśli ma jakieś nowoczesne rozwiązania (ogrzewanie podłogowe, czy okna plastikowe), to wykonane w taki sposób, że nie rzuca się to w oczy. Ma się wrażenie jakby czas się zatrzymał. Właściciele dbają o wartość historyczną tych domów, co mnie zachwyca. Z przykrością wtedy myślę o wielu tego typu willach w Polsce, które zostały "zmodernizowane": obite jakimś tworzywem sztucznym, albo styropianem i tynkiem... Wszystkie zdobne elementy zostały bezpowrotnie pokryte "nowoczesnością"... A szkoda, że zachłyśnięci tą nowoczesnością Polacy nie doceniali tego, co ocalało po wojnach i komunie. W mojej rodzinnej miejscowości, ale też w pobliskich wspaniałych uzdrowiskach, w ten sposób zniszczonych zostało większość domów drewnianych. Są nieliczne tylko przypadki, że architektura została należycie rewitalizowana, głównie dzięki unijnym funduszom. Smutne:( Ale cieszy fakt, że wędrując po blogach widzi się ludzi z zapałem odnawiających i dbających o starocie! :))
Szkoda, że nie mam zdjęć innych takich domów. Ale może uda mi się kiedyś pokazać Wam więcej.
środa, 12 grudnia 2012
Jul i świąteczne kartki, czyli klimat skandynawski
Każdy, kto choć raz był na skandynawskim blogu w okresie świątecznym wie, że czas ten nazywa się JUL. A "God Jul" to takie nasze "Wesołych Świąt". Wiadomo też powszechnie, że Boże Narodzenie jest świętem na pamiątkę narodzenia Jezusa Chrystusa, ale zastąpiło pewien pogański zimowy zwyczaj. Tak było łatwiej ludzi przekonać, kiedy Kościół prowadził proces chrystianizacji. Nasza polska nazwa wprost mówi, że to Bóg się wtedy narodził, ale w całej Skandynawii już jest nieco inaczej. Tu nazwa została pogańska.
Co znaczy JUL? Była to nazwa przedchrześcijańskiego święta, jakie północne ludy obchodziły właśnie w czasie przesilenia zimowego. Wydawano wtedy ucztę, na której dokonywano rytualnego uboju knura, jako ofiarę dla skandynawskiego boga Freya. Kiedy przyjechałam do Norwegii, zastanawiało mnie dlaczego na kartkach świątecznych, lub jako zawieszki na choinkę pojawia się motyw świni. Teraz już wiem, że jest to właśnie pozostałość po tym święcie. I powiem wam więcej, nasza świąteczna szynka też jest pozostałością po tym obrzędzie. Podobnie zresztą rzecz na się z innymi symbolami: choinką, jemiołą.
O tym jak współcześni mieszkańcy północy obchodzą Jul nie będę się rozpisywać, bo zostało to już opisane na wielu innych blogach. Powiem tylko, że nie ma wigilii w takim wydaniu jak u nas, nikt nie wie co to opłatek, szopka w domu to też niespotykana rzecz. Ale jest bardzo rodzinnie, nastrojowo, jest jakieś nocne nabożeństwo jak nasza pasterka (ale nie byłam, nie widziałam, jest mi to znane z opowiadań znajomych). I tylko może zbyt komercyjnie się zrobiło. Ale czy w katolickiej Polsce tak nie jest? Mam wrażenie, że zakupy, prezenty i gotowanie przysłaniają sens tych świąt.
Boże Narodzenie to czas radości, ale też zadumy. Może warto też pomyśleć o tym, co było zanim na nasze tereny trafili papiescy misjonarze? Przecież to nie grzech! Myślę, że to nie jest gorsze, niż rozmyślania nad tym jakie ciasto upiec i w co się na wigilię ubrać;) Mnie bardzo cieszy to, że we współczesnych świętach jest tyle pogańskich tradycji. Bo czy przedchrześcijańskie, to znaczy gorsze? Nie, to po prostu inne. Przecież historia Europy nie zaczyna się od czasów chrystianizacji. Zaczyna się dużo wcześniej. Ja jestem zafascynowana przeszłością, zwłaszcza historią kultury. Uważam, że warto pamiętać, że wcześniej były sobie ludy, który miały inne, piękne wierzenia, inną kulturę i że my tak naprawdę jesteśmy jej częścią. I powinniśmy to szanować.
Chcę Wam pokazać też stare, skandynawskie kartki bożonarodzeniowe, a raczej "julowe". Są zupełnie inne niż polskie. Nie ma motywu stajenki betlejemskiej czy kolędników. Jest właśnie owa uczta, zimowe krajobrazy, ludzie i postać nisse (taki krasnal, pierwowzór dzisiejszego grubiutkiego, czerwonego "Mikołaja"). Nissekort, czyli taka kartka z krasnalem to najpopularniejszy motyw na Norweskich kartkach. Pierwsza taka pocztówka została narysowana w 1883 roku przez Wilhelma Larsena. Jego nissen był nieco inny, niż ten którego znamy obecnie z reklam Coca Coli czy filmów o świętach. Była to postać z wierzeń ludzi północy, opisywana jako mały skrzat, ubrany na szaro (filc), w czerwonej czapce i z długą brodą. Zajmował się pomocą w stajni i miał bardzo kapryśny charakterek. Wierzono, że jeśli odpowiednio się o niego nie zadbało, to płatał psikusy ludziom i zwierzętom;) Na kartkach ów krasnal (lub cała krasnala rodzina) przedstawiany jest w sytuacjach albo imprezowych (zimowa uczta, o której pisałam) albo np. jak czyni przygotowania do tego ważnego święta.
W grudniu w wielu norweskich muzeach organizowane są wystawy tych kartek. Jest wielu zbieraczy starych pocztówek. Zazdroszczę im trochę tych kolekcji;) O skandynawskich kartkach można też poczytać w lokalnych gazetach (z tego źródła ja czerpałam moje informacje).
Sama w tym roku kupiłam kilka kartek z motywem nissena. Są prześliczne. Takie nastrojowe. Można poczuć się jak dziecko oglądając je. Wyobraźnia zaczyna działać. Może ten skrzat istnieje i pomaga nam odśnieżyć podjazd lub schody?? ;)) Przy okazji zostawiając prezent pod choinką?
Moje świąteczne dekoracje się powoli tworzą, ale będzie ich niewiele. Powiem tylko tak: nigdy więcej remontu przed świętami. I choć już prawie koniec i robi się piękniej, zazdroszczę tym, którzy już pięknie ubrali domy i cieszą się nastrojem adwentowym:)
Pozdrawiam w ten mroźny dzień!
Co znaczy JUL? Była to nazwa przedchrześcijańskiego święta, jakie północne ludy obchodziły właśnie w czasie przesilenia zimowego. Wydawano wtedy ucztę, na której dokonywano rytualnego uboju knura, jako ofiarę dla skandynawskiego boga Freya. Kiedy przyjechałam do Norwegii, zastanawiało mnie dlaczego na kartkach świątecznych, lub jako zawieszki na choinkę pojawia się motyw świni. Teraz już wiem, że jest to właśnie pozostałość po tym święcie. I powiem wam więcej, nasza świąteczna szynka też jest pozostałością po tym obrzędzie. Podobnie zresztą rzecz na się z innymi symbolami: choinką, jemiołą.
Stara kartka z okazji Jul. Ta pani chyba zaraz coś tej śwince zrobi!
Uwaga, wszystkie zdjęcia tych skandynawskich kartek znalazłam jeszcze rok temu w internecie, poszukując informacji o historii tego święta. Nie potrafię podać linków skąd pochodzą.
O tym jak współcześni mieszkańcy północy obchodzą Jul nie będę się rozpisywać, bo zostało to już opisane na wielu innych blogach. Powiem tylko, że nie ma wigilii w takim wydaniu jak u nas, nikt nie wie co to opłatek, szopka w domu to też niespotykana rzecz. Ale jest bardzo rodzinnie, nastrojowo, jest jakieś nocne nabożeństwo jak nasza pasterka (ale nie byłam, nie widziałam, jest mi to znane z opowiadań znajomych). I tylko może zbyt komercyjnie się zrobiło. Ale czy w katolickiej Polsce tak nie jest? Mam wrażenie, że zakupy, prezenty i gotowanie przysłaniają sens tych świąt.
Boże Narodzenie to czas radości, ale też zadumy. Może warto też pomyśleć o tym, co było zanim na nasze tereny trafili papiescy misjonarze? Przecież to nie grzech! Myślę, że to nie jest gorsze, niż rozmyślania nad tym jakie ciasto upiec i w co się na wigilię ubrać;) Mnie bardzo cieszy to, że we współczesnych świętach jest tyle pogańskich tradycji. Bo czy przedchrześcijańskie, to znaczy gorsze? Nie, to po prostu inne. Przecież historia Europy nie zaczyna się od czasów chrystianizacji. Zaczyna się dużo wcześniej. Ja jestem zafascynowana przeszłością, zwłaszcza historią kultury. Uważam, że warto pamiętać, że wcześniej były sobie ludy, który miały inne, piękne wierzenia, inną kulturę i że my tak naprawdę jesteśmy jej częścią. I powinniśmy to szanować.
Chcę Wam pokazać też stare, skandynawskie kartki bożonarodzeniowe, a raczej "julowe". Są zupełnie inne niż polskie. Nie ma motywu stajenki betlejemskiej czy kolędników. Jest właśnie owa uczta, zimowe krajobrazy, ludzie i postać nisse (taki krasnal, pierwowzór dzisiejszego grubiutkiego, czerwonego "Mikołaja"). Nissekort, czyli taka kartka z krasnalem to najpopularniejszy motyw na Norweskich kartkach. Pierwsza taka pocztówka została narysowana w 1883 roku przez Wilhelma Larsena. Jego nissen był nieco inny, niż ten którego znamy obecnie z reklam Coca Coli czy filmów o świętach. Była to postać z wierzeń ludzi północy, opisywana jako mały skrzat, ubrany na szaro (filc), w czerwonej czapce i z długą brodą. Zajmował się pomocą w stajni i miał bardzo kapryśny charakterek. Wierzono, że jeśli odpowiednio się o niego nie zadbało, to płatał psikusy ludziom i zwierzętom;) Na kartkach ów krasnal (lub cała krasnala rodzina) przedstawiany jest w sytuacjach albo imprezowych (zimowa uczta, o której pisałam) albo np. jak czyni przygotowania do tego ważnego święta.
W grudniu w wielu norweskich muzeach organizowane są wystawy tych kartek. Jest wielu zbieraczy starych pocztówek. Zazdroszczę im trochę tych kolekcji;) O skandynawskich kartkach można też poczytać w lokalnych gazetach (z tego źródła ja czerpałam moje informacje).
Sama w tym roku kupiłam kilka kartek z motywem nissena. Są prześliczne. Takie nastrojowe. Można poczuć się jak dziecko oglądając je. Wyobraźnia zaczyna działać. Może ten skrzat istnieje i pomaga nam odśnieżyć podjazd lub schody?? ;)) Przy okazji zostawiając prezent pod choinką?
Moje świąteczne dekoracje się powoli tworzą, ale będzie ich niewiele. Powiem tylko tak: nigdy więcej remontu przed świętami. I choć już prawie koniec i robi się piękniej, zazdroszczę tym, którzy już pięknie ubrali domy i cieszą się nastrojem adwentowym:)
Pozdrawiam w ten mroźny dzień!
środa, 31 października 2012
Norweskie stare domy
Dziś będzie o domach, w których nikt nie mieszka, a które ogromnie mi się podobają. Jako, że jestem dość ciekawska i przy okazji lubię historię, zawsze jak napotkam na swojej drodze jakąś stareńką budowlę to oglądam ją ze wszystkich stron:) Okazji miewam sporo, bo w Norwegii takich opuszczonych domów, w których kiedyś zapewne tętniło życie, jest sporo. Zwłaszcza na tzw. zadupiach;), z dala od większych miejscowości, przy szutrowych drogach, gdzie "diabeł mówi dobranoc". Lubię na takich odludziach spacerować i prawie zawsze znajdę jakiś stary dom. Zaczynam wtedy wyobrażać sobie jak tu było kiedyś, kto tu mieszkał, czym się zajmował? Jakie były ich smutki i radości, czy hodowali owce czy krowy, a może jedno i drugie? Jest to dla mnie niezwykle fascynujące. Te domy w większości należały do farmerów. Kiedyś Norwegia była biedna jak mysz kościelna, więc ludzi żyli z "ziemi". Nie musieli mieszkać blisko miasta czy przy ważnym szlaku transportowym. Żyli sobie w lesie, nad jeziorami, wypasali owce, trudnili się wszelakim rzemiosłem. I pewnie byli szczęśliwi:) Ale czasy się zmieniły i ich potomkowie musieli przenieść się za pracą bliżej miast. Domy zostały, a ponieważ są solidnie wykonane, stoją do dziś. Czasem służą jako domy letniskowe dla wnucząt w prawnucząt byłych właścicieli. A czasem tylko jako mieszkanko dla myszek.
Ten biały, to jeden z ładniejszych domów, jakie napotkałam spacerując po lesie. Ale widać (po skoszonej trawie choćby), że ktoś tu czasem zagląda.
Dom na zapewne około stu lat, może i więcej. Bardzo podobają mi się wykończenia okien. Często w nowych domach też się takie stosuje. I często są te ozdobne deseczki pomalowane na inny kolor niż reszta domu. Tu są zielone. Ale teraz zwykle maluje się je na szaro (jak dom jest biały) lub biało (jak dom jest szary). To obecnie najmodniejsze kolory jeśli chodzi o malowanie fasady domu, przynajmniej na południu Norwegii.
Obok takich domów są stodoły (częściej ich szczątki), jakieś stare sprzęty rolnicze, łodzie. I oczywiście rośliny ozdobne, które bez pomocy człowieka nie zawędrowałyby w takie miejsca:) Te, którym udało się przetrwać, rosną sobie i kwitną. Przypominają, że kiedyś ktoś dbał o dom i ogród, "pięknił" go żeby życie było milsze.
Drugi dom, jaki wam pokażę, jest dużo bardziej zaniedbany, choć nie sądzę, żeby był starszy.
Dom ten również miał piękne wykończenia okien, obok niego stała ogromniasta stodoła i niemała drewutnia. Pewnie kiedyś mieszkała tu duża rodzina, posiadali dużą farmę. Blisko były tory, więc pewnie jakaś stacja kolejowa też. Zapewne kolej była ich łącznikiem ze światem, może taką drogą ich dzieci jeździły do szkoły w najbliższym mieście? Może tak jeździli sprzedawać nadwyżki swoich produktów? Niezwykle mnie to wszystko fascynuje:) Mam nadzieję, że kiedyś mój norweski będzie na tyle dobry, że będę mogła poczytać o takich lokalnych historiach:)
Pozdrawiam zaglądających:) Teraz idę uzbroić się w słodycze, gdyż tutejsze dzieciaki będą dziś straszyć:P Ja nie obchodzę "halułin", bo jakoś nie nawykłam jeszcze do takiego święta. Pewnie jestem jedną z nielicznych, która nie ma wydrążonej dyni na ganku:) Ale kto wie, może w przyszłym roku?
Ten biały, to jeden z ładniejszych domów, jakie napotkałam spacerując po lesie. Ale widać (po skoszonej trawie choćby), że ktoś tu czasem zagląda.
Dom na zapewne około stu lat, może i więcej. Bardzo podobają mi się wykończenia okien. Często w nowych domach też się takie stosuje. I często są te ozdobne deseczki pomalowane na inny kolor niż reszta domu. Tu są zielone. Ale teraz zwykle maluje się je na szaro (jak dom jest biały) lub biało (jak dom jest szary). To obecnie najmodniejsze kolory jeśli chodzi o malowanie fasady domu, przynajmniej na południu Norwegii.
Obok takich domów są stodoły (częściej ich szczątki), jakieś stare sprzęty rolnicze, łodzie. I oczywiście rośliny ozdobne, które bez pomocy człowieka nie zawędrowałyby w takie miejsca:) Te, którym udało się przetrwać, rosną sobie i kwitną. Przypominają, że kiedyś ktoś dbał o dom i ogród, "pięknił" go żeby życie było milsze.
Drugi dom, jaki wam pokażę, jest dużo bardziej zaniedbany, choć nie sądzę, żeby był starszy.
Natrafiłam na niego po ok. 3 kilometrach leśnej dróżki, zamkniętej szlabanem. Rósł tam ogromny kasztan - kolejna roślina, której człowiek pomógł się w takim miejscu znaleźć. Kasztan wielce mnie uradował, bo tutaj nieczęsto się trafia. Mogłam nazbierać kilka kasztanów na ozdobę domu;)
Pozdrawiam zaglądających:) Teraz idę uzbroić się w słodycze, gdyż tutejsze dzieciaki będą dziś straszyć:P Ja nie obchodzę "halułin", bo jakoś nie nawykłam jeszcze do takiego święta. Pewnie jestem jedną z nielicznych, która nie ma wydrążonej dyni na ganku:) Ale kto wie, może w przyszłym roku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















